JMod Facebook Slider Likebox

contrast7.jpgcontrast2.jpgcontrast13.jpgcontrast8.jpgcontrast4.jpgcontrast1.jpgcontrast9.jpgcontrast12.jpgcontrast11.jpgcontrast6.jpgcontrast14.jpgcontrast10.jpgcontrast15.jpg

SZLAK Z JANOWA NA SYBERIĘ

Niedawno, 22 stycznia 2018 roku minęła 155. rocznica wybuchu powstania styczniowego. Na rozkaz Centralnego Komitetu Narodowego, występującego jako Tymczasowy Rząd Narodowy, około 4 tysiące powstańców zaatakowało garnizony wielkiej okupacyjnej armii rosyjskiej liczącej 66 batalionów piechoty, 24 szwadrony jazdy, 60 sotni kozackich, ponadto załogi forteczne, oddziały graniczne i żandarmerię. Dysproporcja sił pomiędzy walczącymi stronami była o tyle bardziej miażdżąca, że powstańcy szli w bój uzbrojeni w strzelby myśliwskie i kosy. Wojna miała charakter partyzancki. Oddziały powstańcze nie utworzyły jednej armii dowodzonej przez jednolite dowództwo.

Wybuch powstania przyspieszyła wieść o brance, czyli przymusowym poborze do rosyjskiego wojska. Przeciwnik, który sprowokował wybuch powstania, nie przypuszczał, że „ruchawka”, która miała być stłumiona w ciągu kilku godzin, a najwyżej kilku dni, potrwa kilkanaście miesięcy. Przez szeregi oddziałów powstańczych przeszło 100 tysięcy ludzi. Zginęło 30 tysięcy, 7 tysięcy dostało się do niewoli. Na mocy wyroków sądowych stracono 700 osób. Skonfiskowano majątki i narzucono daninę pieniężną o wartości prawie 35 milionów rubli. Skasowano klasztory katolickie (w tym janowski dominikanów), setkom miast (m.in. Modliborzycom) odebrano prawa miejskie. Liczbę zesłanych na syberyjską katorgę ocenia się na 38 tysięcy.

O epizodach powstania na naszym terenie można przeczytać w książce „Sztafeta pokoleń Ziemi Janowskiej”. Niestety nie został dotąd opracowany wątek syberyjski zesłańców z naszego terenu. Podane poniżej przykłady też nie wyczerpują tego zagadnienia, są zaledwie drobnym przyczynkiem do takiego opracowania. I tak jednym z pierwszych janowiaków skazanych na syberyjską katorgę był ks. Klemens Łukasiewicz (ok. 1806-po 1857), który angażował się w patriotyczne wystąpienia podczas powstania krakowskiego (1846 r.). W 1847 r. trafił pod sąd wojenny, a dwa lata później został skazany na zesłanie na Syberię do guberni irkuckiej, gdzie przebywał w latach 1851-57. Po amnestii powrócił do guberni lubelskiej*1. Z kolei Paweł Porada (1822-po 1870), jeden z głównych organizatorów powstania styczniowego na naszej ziemi, został skazany na 8 lat katorgi na Syberii oraz konfiskatę mienia, ale podczas tymczasowego przetrzymywania w więzieniu w Lublinie zdołał zbiec*2. Andrzej Zieliński z Janowa Lubelskiego, 18-latek, uczestniczył w powstaniu, potem zbiegł za granicę, a po powrocie działał w oddziale Prężyny, w końcu został złapany w październiku 1864 r.; skazano go na 20 lat ciężkich robót w syberyjskich kopalniach rudy*3. Spośród janowskich dominikanów po kasacie zakonów w 1864 r. na pewno na Syberię zesłano przeora Kajetana Maciejewskiego. Oskarżono go o to, że pomagał w napadzie na wojska rosyjskie w Janowie, namawiał ludność, by wstępowała do oddziałów powstańczych, odbierał od powstańców przysięgę. Prawdopodobnie jego los podzielili pozostali janowscy zakonnicy*4.

I jeszcze zagadka, którą w 2010 r. przywiozła nam Irena Gołowa z Jenisejska nad Jenisejem. Jest ona praprawnuczką Władysława z Janowa, który wraz z bratem Janem został zesłany na Sybir właśnie do Jenisejska. Nie wie, jakie nosił nazwisko, potocznie nazywali ich „Janowymi” - od miejscowości, z której pochodzili. Władysław na drogę otrzymał od matki ikonę Matki Boskiej Janowskiej, oprawioną w metalową sukienkę. Ten obraz zawinięty w haftowany różowy lniany ręcznik, przechowywany jest w rodzinie do dzisiaj i ma już półtora wieku. Przez cały czas ikona przekazywana była z pokolenia na pokolenie. Babcia Zofia w czasie prześladowań ukrywała go w tym ręczniku. Nocami obraz był wystawiany na stole, a zaufani Polacy potajemnie przychodzili na wspólną modlitwę. Starsi modlili się po polsku, ale dzieci nie, bo uczono je języka rosyjskiego, aby nie narażać się na niebezpieczeństwo. Obawiali się, że dzieci mogą komuś o tym powiedzieć i będą prześladowani. Z zapamiętanych przez Irenę szczegółów można przypuszczać, że Władysław i Jan pochodzili z Białej.

Ostatni ze znanych janowskich Sybiraków, to rodziny Sowów i Krystelich; ich losy były prezentowane w „Janowskich Korzeniach”.

Czytaj więcej...

PIERWSZA (?) GAZETA JANOWSKA

Temat prasy na terenie Janowa Lubelskiego jest na tyle wąski i świeży czasowo, że był - jak na razie - poddany dosć ogólnym opracowaniom. Lokalna prasa na dobre pojawiła się dopiero w 1989 roku - był nim dwutygodnik (później miesięcznik) „Nieobojętni”. Wychodził do 1994 r. i miał 96 wydań. Potem pojawił się „Głos Janowa”, parafialna „Róża w Rodzinie” (ukazuje się od 1991 r. do dzisiaj), „Janowski Kurier Związkowy”, ogólnopolski kwartalnik „Wołyń Bliżej” (od 1994 do 2014 r.), „Gazeta Janowska”, „Przymierze”, almanach historyczny „Janowskie Korzenie” (od 2003 r.) i jeszcze parę efemerycznych pism szkolnych.

Ale co było pierwsze? BRZASK

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. W latach powojennych, do 1988 r., nie licząc okazjonalnych jednorazowych informatorów (m.in. o sanktuarium, wystawie filatelistycznej, Porytowym Wzgórzu), nie ukazał się ani jeden numer lokalnej gazety. Powodem tego była reżimowa cenzura, która narzucała restrykcyjne warunki inicjacji i prowadzenia pism. Ale i inicjatywy w tym kierunku też nie było żadnej, nawet w okresie sierpień 1980 - grudzień 1981, kiedy zliberalizowano warunki polityczne.

W okresie międzywojnia istniała w Janowie drukarnia (należała do żyda Kramera), ale powstawały w niej jedynie druki (formularze) i być może jakieś książki (znany jest co najmniej jeden taki przypadek). O czasopismach lokalnych w tym okresie nie ma śladu, nie licząc oczywiście jednorazowej broszury z 1928 r. wydanej z okazji 10-lecia odzyskania niepodległości.

Czytaj więcej...

MYCKI I CHAŁATY - CZAS ZATARŁ ŚLAD - Żydzi w Janowie – ostatnie 20 lat

 

Józef Łukasiewicz

 

Mycki i chałaty - czas zatarł ślad

 

Żydzi w Janowie – ostatnie 20 lat

 

Nie ma już tych miasteczek, gdzie biblijne pieśni
Wiatr łączył z polską piosnką i słowiańskim żalem,
Gdzie starzy Żydzi w sadach pod cieniem czereśni
Opłakiwali święte mury Jeruzalem.

Nie ma już tych miasteczek, przeminęły cieniem
I cieniem kłaść się będzie między nasze słowa...

 

A. Słonimski, Elegia miasteczek żydowskich

Przed wojną w Polsce mieszkało ponad trzy miliony żydów. Zamieszkiwali wielkie przemysłowe miasta i maleńkie miasteczka: Warszawę, Łódź, Kraków i... Janów, Frampol, Modliborzyce... Miasteczko to po żydowsku sztetl. W tych sztetl wychowało się wielu znanych rabinów, pisarzy i malarzy. Dziś możemy jedynie czytać ich książki i oglądać zdjęcia ukazujące te maleńkie miasteczka, „gdzie szewc był poetą, a zegarmistrz filozofem”.

 

 

W tym kwartale (obecnie zajmowanym przez Komendę Straży Pożarnej) skoncentrowane były najważniejsze żydowskie instytucje

 

Janów, jak każdy sztetl, posiadał kilka niezwykle ważnych żydowskich instytucji. Żydzi musieli się gdzieś modlić - potrzebna więc była synagoga. Należało gdzieś kształcić dzieci - taka żydowska szkoła podstawowa nazywała się cheder; trochę większe dzieci szły do Talmud Tora, zaś młodzieńcy chcący być bardzo biegłymi w naukach religijnych kształcili się w wyższej uczelni - jesziwy. W miasteczku musiały być oczywiście sklepy z koszernym mięsem i innymi artykułami. Był też mały skład koszerno-kolonialny, w którym na większe święto można było nabyć coś egzotycznego. No i była oczywiście mykwa czyli łaźnia rytualna.

 

Czytaj więcej...

Kapitan „Vis” - Józef Łukasiewicz

Kapitan „Vis”

 

L1

Patronem wąskiej uliczki łączącej ul. Ulanowską z Rudą i Grupką jest Wincenty Sowa „Vis”. Jest jednym z mniej znanych janowskich bohaterów, którym wojna splątała losy aż do unicestwienia.

Przyszedł na świat 5 kwietnia 1914 r. w Rudzie k. Janowa Lubelskiego. Był najstarszy z rodzeństwa, po nim urodzili się: Franciszek, Leonarda i Danie-la. W Janowie ukończył szkołę powszechną i gimnazjum (mała matura), a potem, w 1934 r. Liceum Handlowe w Przemyślu. W 1936r służył w wojskowej Szkole Podchorążych w Tomaszowie Lubelskim, gdzie uzyskał stopień podporucznika Zaczął pracować w spółdzielczości — kolejno: w Ja-nowie, Puławach i Zamościu. Jednocześnie podjął studia zaoczne w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu.

1 września 1939 r. zastał go w Zamościu. Zgłosił się na ochotnika do Szkoły Podchorążych w Tomaszowie Lubelskim, z której w stopniu pod-porucznika został skierowany do 8. Pułku Piechoty w Lublinie. Po przegranej kampanii wrześniowej wrócił w październiku do Janowa i ożenił się z Janiną Jeżynkówną.

Jesienią 1939 r. związał się ze Służbą Zwycięstwu Polski. Utrzymywał kontakty z miejscowymi działaczami niepodległościowymi: Janem Świtlukiem, Janem Szpytem, Józefem Siedleckim, Rutą, Baranem, Bolińskim, ks. Dąbrowskim i jego siostrzeńcem Sławkiem. Dużą rolę w zorganizowaniu tej siatki miał wielki patriota i polityk, ks. dziekan Józef Dąbrowski, późniejszy więzień UB.

Nieocenionym skarbem Wincentego było wówczas radio, z którego można było czerpać najnowsze wiadomości o wydarzeniach na świecie. Jego posiadanie było podczas okupacji zakazane, toteż ukrywanie, nasłuch, czy choćby ładowanie baterii wymagało daleko posuniętej ostrożności. Mimo to Wicek stracił radio. Stało się to za przyczyną niejakiego Krochmalnego — Ukraińca, który wyśledził siostrę Lońkę przenoszącą ukradkiem odbiornik do sąsiadów. Jednak W. Sowa znalazł i odebrał swoje radio, które było już w Kawęczynie. Przygotował teraz na niego bardzo zmyślny schowek w końskim żłobie.

Czytaj więcej...

Kto ratuje jedno dziecko, ratuje cały świat - S. Ewelina Nienałtowska

S. Ewelina Nienałtowska

 

Kto ratuje jedno dziecko, ratuje cały świat

 

Fragment książki: „Dzieci żydowskie w klasztorach”,

Ewa Kurek, Wyd. CLIO, Lublin 2001

 

W zgromadzeniu jestem od roku 1930. Wojna zastała mnie w Janowie Lubelskim, gdzie prowadziliśmy dom starców i sierociniec. W momencie wybuchu wojny miałyśmy pod swoją opieką 20 starców i 30 dzieci. Dzieci wszystkie zostały z nami, tylko trzy staruszki rodzina zabrała na wieś. Z dzieci jeden chłopiec zdał do trzeciej klasy szkoły średniej, w wieku przedszkolnym było pięcioro, jedno miało sześć miesięcy, a reszta w wieku szkolnym. Ilu było chłopców a ile dziewczynek - nie pamiętam. Nasz zakład mieścił się w trzech domach. 8 września 1939 był bardzo silny nalot i wszystkie nasze domy zaczęły płonąć. Gdy uciekałyśmy z dziećmi, paliły nam się welony. Wszystko się spaliło. Cały nasz dobytek. Czołgaliśmy się łąką do lasu, a Niemcy strzelali do nas z karabinów maszynowych. W lesie byliśmy dwa dni, zabrali nas stamtąd bracia jednej z naszych sióstr. Była to wieś odległa o trzy kilometry. Trochę odpoczęłyśmy, nakarmiliśmy dzieci. Było nas trzy siostry zakonne. Ponieważ wśród uchodźców był dużo rannych, dwie siostry poszły pracować do szpitala. Zostałam z dziećmi sama. W czasie nalotów dzieci pogubiły się, ale w ciągu tygodnia wszystkie już były ze mną. Poprosiłam sąsiadów, by podwieźli mnie na pogorzelisko, bo chłopcy zakopali ubrania w altance. Pojechałam więc, zabrałam rzeczy, ocalało trochę naczyń, trochę tłuszczu i innych zapasów. Wszystko to przywiozłam.

 

 

Po tygodniu gospodarz powiedział, że nie da rady dłużej nas żywić. Poszłam do gminy, ale tam odesłano mnie z kwitkiem mówiąc, że nie mają czym swoich żywić. Spotkałam po drodze nauczyciela, obcego człowieka, który zabrał nas do swojej szkoły, dał dwa koce, kazał chłopcom nanieść słomy, przyniósł kosz ziemniaków, buraków, kapusty i kazał gotować. Ale ja nie miałam nawet łyżki! Starsze dzieci, jak im się wyrzuciło ziemniaki na stół, to zjadły, ale młodsze nie mogły. Nauczyciel poradził nam iść do chłopów i w każdym domu prosić o łyżkę i jedzenie. Wieś nazywała się Godziszów i leżała osiem kilometrów od Janowa Lubelskiego. Chodziłam z dzieciakami, prosiłam i dostałam pięć łyżek i trochę żywności. W okolicy była bieda, wszystko wypalone.

Czytaj więcej...

WybranskiFamily