JMod Facebook Slider Likebox

contrast4.jpgcontrast10.jpgcontrast9.jpgcontrast6.jpgcontrast13.jpgcontrast8.jpgcontrast2.jpgcontrast15.jpgcontrast14.jpgcontrast12.jpgcontrast11.jpgcontrast7.jpgcontrast1.jpg

WOJENNE WSPOMNIENIA ŻOŁNIERZA KOP W SARNACH

Podczas tragedii II wojny światowej nie było miejscowości na Ziemi Janowskiej, która by nie złożyła swojej daniny ofiar ludzkich i pożogi. Nie sposób opisać, choćby wymienić,tych wiosek, które masowo mordowano i palono. Trudno tym bardziej wymienić ludzi, którychrozstrzelano bądź wywieziono do obozów koncentracyjnych. Wśród tych ostatnich był m.in.zamordowany w Dachau ks. Józef Bierzyński - budowniczy kościoła w Godziszowie, ks.Dmochowski – proboszcz parafii Godziszów i ks. Franciszek Trochonowicz, późniejszy proboszcz Janowa – dwaj ostatni szczęśliwie przeżyli obozy koncentracyjne. W Rapach k. Biłgoraja rozstrzelano ks. Klukaczyńskiego z Momot za posługę religijną niesionąpartyzantom.
  Urodziłem się 26 grudnia 1909 r. W rodzinie chłopskiej. Rodzice – Walenty i Katarzyna zeZdyblów. W latach 1930 – 32 odbywałem służbę wojskową w 86 Pułku Piechoty wMołodecznie.
 26 sierpnia 1939 r. stawiłem się w Pułku Korpusu Ochrony Pogranicza w Sarnachwoj. wołyńskie, jako rezerwista powołany w ramach cichej mobilizacji. Pułkiem KOP – Sarnydowodził ppłk. Nikodem Sulik. Po przybyciu do koszar Pułku i zameldowaniu się u oficerainspekcyjnego, zostałem przydzielony do 4 Kompanii Straży Granicznej, której dowódcą byłkpt. Emil Edmund Markiewicz. Kompania ta liczyła 600 żołnierzy i podzielona została na 6plutonów. Pluton, do którego zostałem wcielony, dowodzony był przez ppor. rez. Jana Bołobota, rodem z Lublina.


 W kompani tej spotkałem wielu kolegów i znajomych, m.in. Romana Groszka z kol.Batorz, Michała Drozda z Batorza, plut. Szymona Kowala, Adama Jaśkowskiego i Jana Kosidło z Wierzchowisk, Wojciecha Kędrę i Jana Myszaka z Węglisk, zaś z czynnej służby wkompanii 3-ciej – Józefa Wójtowicza z Antolina i kpr. Stefana Bresia z Wierzchowisk orazwielu innych, których nazwisk nie pamiętam.
 Kompanie obsadziły bunkry żelbetowe typu lekkiego zwane „obiektami”. Przyniektórych bunkrach jeszcze trwały roboty budowlane. Budowali je junacy przybyli z Polskicentralnej. Miasto Sarny położone w widłach dwóch rzek: Słucz od strony wschodniej orazHoryń po zachodniej, obydwie płynące w kierunku zachodnim do Prypeci. Część bunkrów usytuowanych było w pobliżu rzek Horyń i Słucz w odległości około 30 km od granicy, zaśczęść nad granicą w odległości 10 – 12 km. Nad samą granicą polsko – sowiecką czuwały gęsto rozstawione strażnice KOP. Usytuowanie bunkrów było tak zaprojektowane, abyprowadzony ogień z jednego zazębiał się z drugim – tak, aby nie było tzw. martwego pola.Oprócz służby i wyposażenia bunkrów prowadziliśmy normalne szkolenie strzeleckie.
 Do 16 września włącznie panował względny spokój, choć od 1 IX docierały do naswiadomości o działaniach wojennych z Polski centralnej i południowej.
 17 września we wczesnych godzinach rannych koszary pułku oraz inne obiekty wojskowe i cywilne były bombardowane przez lotnictwo sowieckie. A wiec wojna z Sowietamistała się faktem! Mimo znacznej liczby samolotów (20-30) biorących udział wbombardowaniu, straty były bardzo małe, bowiem wojsko miało kwatery w dobrze zamaskowanych barakach w lesie. Po bombardowaniu doszły do nas wiadomości, że wzdłużcałej granicy sunie na Polskę milionowy taran Armii Czerwonej. Walczą z przerażającymisiłami wroga wszystkie strażnice, a w 
łudniowych już i niektóre nasze obiektywysunięte na dalekim przedpolu. Przez cały dzień 17 września na przedpolu naszegobunkra, który obsadziliśmy nic właściwie się nie działo. Wyczuwało się wyraźnie ogólneprzygnębienie, że musimy bić się w obronie Polski z obydwoma jej największymi wrogami. Awięc znów zmowa. Znów nowy rozbiór Polski?

 Głowa szumi od różnych myśli. Noc przechodzi spokojnie. Cześć żołnierzy śpi, część czuwa. W dniu następnym tj. około 18–go września w godzinach rannych otrzymujemyrozkaz opuszczenia stanowisk i ewakuacji kolejką wąskotorową na południe. Po sprawnymzaładowaniu się do wagonów i przejechaniu na odległości 4-5 km kilka wagonów spada zszyn. Wagony te ręcznie ustawiamy na tory, co zajmuje dużo czasu. Po przejechaniu na odległość około 10-12 km następuje odwołanie rozkazu, a są to już godziny popołudniowe.Wracamy z powrotem. Mamy wyraźny rozkaz wysadzić śluzy i tamy i zalać teren wodą. Nieudaje nam się przejście przez most, przez rzekę dopływu Słuczy czy kanału, ponieważ namoście już stały patrole sowieckie. Cofamy się w górę rzeki na odległość około 1 km. Doppor. Bołbota zgłasza się ochotnik z miejscowej ludności, młody harcerz w wieku około 16 lati on przeprowadza nas przez bród rzeki, gdzie woda sięga do pasa. Po przybyciu podobiekty, sytuacja jest całkowicie odmienna. Z sowietami walczą wszystkie bunkry. Dostęp do obiektu przez walki jest niemożliwy. Na rozkaz dowódcy ppor. Bołbota rozwijamy się wtyralierę i pomału, cały czas atakując, posuwamy się do przodu. Tak trwaliśmy do zmroku.Na naszym odcinku leży dużo zabitych i rannych żołnierzy sowieckich. Pragnę przy tymzaznaczyć, że niemal każdy żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza to strzelec wyborowy,stąd tak duża skuteczność naszego ognia. Pomału zapada zmrok, wykorzystujemy to i przyużyciu granatów i walką wręcz docieramy do środka obiektu. Tuż przy obiekcie ginie odwrażej kuli nasz d-ca ppor. Jana Bołbot. Do środka obiektu dostaje się 30 kolegów.Dowództwo nad nami obejmuje inny oficer ppor. rez., którego nazwiska nie pamiętam. Całąnoc z 18 na 19 września z bolszewikami prowadziliśmy ogień. W bunkrze byłem telefonistą i cały czas utrzymywałem łączność z dowództwem pułku.
 Rano 19 września byliśmy bardzo wyczerpani walką, a szczególnie bardzo dokuczliwy był dym od prowadzonego bez przerwy ognia z broni maszynowej. Żołnierze padali wprost ze zmęczenia, słabo reagowali na wydawane przez dowódcę rozkazy. Co około pół godziny przesyłany był telefoniczny meldunek do dowództwa. Po zdaniu meldunku przez dowódcę, około godz. 9 rano otrzymaliśmy rozkaz, aby się trzymać i nie poddawać,gdyż celem odsieczy w naszym kierunku został wysłany cały batalion. Około godz. 10–ejznów telefon z dowództwa, że pomoc wysłana, aby jeszcze wytrzymać i nie poddawać. Jakiśczas jeszcze się trzymamy, załogi ckm-ów nadal prowadzą ogień, lecz zbawcza pomoc nienadchodzi. Starałem się ponownie nawiązać łączność telefoniczną z dowództwem. Lecz tamgłucho. Telefonu nikt nie odbiera. Próbuje to jeszcze uczynić sam dowódca bunkra, lecz ztakim samym rezultatem. Dowództwo pułku nie odpowiada. Ten fakt spowodował wżołnierzach przygnębiający nastrój, lecz nie znaliśmy prawdziwego położenia naszegoodcinka. Bolszewicy bez przerwy atakowali bunkier i ponawiali hasła poddania się, grożącwysadzeniem obiektu w powietrze.
 Po tych kilkakrotnych wezwaniach w obrońcach następuje zwątpienie. Reakcjażołnierzy była różna. Jedni zawzięcie prowadzili ogień, inni płakali, a jeszcze inni kładli sięspać. Mimo apelu dowódcy bunkra odwołującego się do honoru żołnierza, zadecydowano wgodzinach przedpołudniowych poddać się i przyjąć warunki kapitulacyjne sowietów. Warunki te gwarantowały puszczenie żołnierzy szeregowych wolno do domów, zaś oficerom pełneprawa jenieckie. Załoga poddała się.
 Zgodnie z warunkami kapitulacyjnymi w bunkrze pozostała broń, amunicja i płaszczeżołnierskie. Wychodziliśmy pojedynczo z obiektu, gdzie opodal ustawiono nas w dwuszeregach i poddając dokładnej rewizji. Dookoła bolszewicy leżeli z wycelowanymikarabinami maszynowymi. Gdy wszyscy opuścili bunkier, do ustawionych tak żołnierzypodszedł sowiecki dowódca i powiedział: „oficerowie wystąp”. Nasz dowódca wystąpił 5kroków przed dwuszereg. Wtedy dowódca sowiecki ponawiał wezwanie wielokrotnie:„Oficerowie wystąp”, lecz bez skutku, bowiem wśród nas więcej oficerów nie było. Zirytowanysowiet podszedł do czoła dwuszeregu i polecił jednemu z żołnierzy wystąpić i przekazał munastępujące słowa: „Wskaż oficerów, bo jak nie wskażesz, to cię zastrzelę”. Gdy ten tłumaczył, że więcej oficerów nie ma, zniecierpliwiony pchając go przed sobą podchodził dokażdego z nas pytając popychanego – czy to ten jest oficerem, a może ten, lecz mówiliprzecząco, aż skończył na ostatnim. W ten czas oficer sowiecki sam przeszedł wzdłużdwuszeregu i wybrał jeszcze czterech żołnierzy. Dwóch z nich było kapralami służby czynnejoraz dwu szeregowych żołnierzy z rezerwy i polecił dołączyć do naszego dowódcy, który stałprzed szeregiem. Następnie przywołał 5-ciu czerwonoarmistów z karabinami i ustawił ich zaplecami polecając przesunięcie się do przodu o jeszcze 5 kroków. Wtedy odezwał się naszdowódca tłumacząc po rosyjsku, że on jest tylko żołnierzem i jego żołnierze nie walczyli zarmią sowiecką jako agresorzy, lecz w obronie ojczyzny i prosi, aby jako jeniec-oficer i jego

żołnierze byli traktowani zgodnie z konwencją genewską. Zaczęli również mówić i prosićpozostali żołnierze – każdy na swój sposób. Zirytowany sowiecki dowódca krzyknął głośno:„małczyj” i wskazał do stojących za ich plecami czerwonoarmistów, ty - tego, ty - tego, a ty –tego, straszliwie przeklinając. Krzyknął po rosyjsku niezrozumiałe słowa, a następnie zaStalina i rewolucję: „strelaj!” i pięciu czerwonoarmistów strzeliło. Widziałem dobrze, jak tym 5-ciu żołnierzom po strzale ugięły się nogi, zaś za moment poprzewracali się. Wtedy oficersowiecki podchodził do każdego oddzielnie i oddawał do leżącego strzał z rewolwerunagana. Strzał oddawany był z bliskiej odległości w głowę leżącego. Po strzale niemal każdyjeszcze się poruszył i tak pozostał. Następnie sowiecki oficer podchodził do każdego ikilkakrotnie przebijał bagnetem. Zrozumieliśmy po tym, że barbarzyństwo bolszewików jest wnajokropniejszym wydaniu. Nas pozostałych, żołnierze sowieccy pod bagnetami odprowadzilido lasu i polecili usiąść na niewielkiej polanie. Dookoła natychmiast rozstawiono silne straże.W pobliżu dawało się słyszeć silną strzelaninę oraz wybuchy granatów. To dawały znać osobie jeszcze niezdobyte nasze obiekty. A więc oni jeszcze się bronią. Za jakiś czasprzyszedł do nas inny oficer sowiecki w stopniu majora i przemówił do nas z poleceniemwskazania jeszcze dwóch ukrywających się oficerów polskich i zagroził: „Jeśli ich niewskażecie, każę was wszystkich wystrzelać”. Nikt nic nie mówił, więc podchodził do każdegoz nas z osobna i znów pytał i znów patrzył na ręce, lecz bez rezultatu. Za około godzinęznów do nas przyszedł i znów to samo wezwanie i ten sam przegląd, z tym samymrezultatem. Oficera polskiego już nie znalazł, po czym oddalił się i więcej go już niewidziałem.
 W godzinach popołudniowych polecili nam wstać i w szyku zwartym poprowadzili nas do następnego obiektu oddalonego około 1500 m. Obiekt ten był zaminowany. Przedpoletego bunkra było usłane zabitymi czerwonoarmistami jak snopkami zboża na polu. Ocalało zniego 12 żołnierzy – większość z nich to ranni i poparzeni (stan bunkra 30 żołnierzy), 18–tużołnierzy zginęło. Rannymi zajęły się sowieckie sanitariuszki. Zdrowych przyłączono do nas.Kolumnę liczącą około 50 żołnierzy poprowadzili pod bagnetami leśną drogą dalej w las. Ileprzeszliśmy kilometrów, trudno określić, lecz z tego co pamiętam – to mogło być najwyżej 3-4 km tj. około godziny marszu. Słońce już zachodziło i znów zatrzymano nas na leśnejpolanie. Rosła tam bujna trawa. Polecono usiąść. Gdy to uczyniłem, natychmiast usnąłem.Obudziłem się dnia następnego tj. 20 września, gdy słońce było już wysoko. Mogła byćgodzina 7-8 rano. Zaraz padła komenda powstań i zaprowadzono nas kolumną do kuchni.Na 5–ciu dano miskę kapusty. Ponieważ byliśmy bardzo głodni, kapusta ta bardzo smakowała.
 W niedługim czasie wydano nam po bochenku chleba i bryle cukru dla każdegooddzielnie. Ponieważ nie mieliśmy chlebaków, gdyż te pozostały w obiekcie, każdy z nas naswój sposób rozdany prowiant starał się zabezpieczyć. Przeważnie trzymano chleb podpachą. Wkrótce podjechały odkryte ciężarowe samochody, na które nas załadowano iprzewieziono w głąb ZSRR. Jak długo nas transportowano, nie pamiętam. Pamiętam tylko,ze do obozu dotarliśmy nocą. Wepchnięto nas do wielkiego budynku. Budynek ten nazywałsię „klub”. Spaliśmy na drewnianej podłodze. Każdego dnia do obozu przybywały nowetransporty jeńców – żołnierzy polskich. W obozie tym były różne budynki jak: magazyny,baraki, które stawiali jeńcy – żołnierze polscy oraz cerkiew. W miarę napływu jeńców,cerkiew również przeznaczono do przetrzymywania żołnierzy. Posadzka w cerkwi byłakamienna, więc do spania dano nam maty słomiane. W miejscu, gdzie był wielki ołtarz nacałej ścianie, namalowany był ogromnej wielkości Stalin.
 Przez cały pierwszy tydzień, tj. gdzieś do około 1-go października, przywożono samych żołnierzy szeregowych, zaś w następnym przywieziono do obozu około 1,5 tys.oficerów o znacznym procencie lekarzy, w kolejnym tygodniu przybyło tu tyle samo policji icywilów. Oficerowie i policja zakwaterowani byli w barakach. Od oficerów i policji byliśmyściśle izolowani, dzieliło nas ogrodzenie wykonane z druty kolczastego. Mimo to,rozmawialiśmy z nimi.
 Widziałem codziennie odbywające się apele przed rozpoczęciem i po zakończeniupracy. Była połowa października, zaczęły się przymrozki, a wielu z oficerów nie miało butów,mundurów, płaszczy. Niektórzy starsi, okrywali się kocami i pod silną eskortą 
czerwonoarmistów wychodzili do pracy, lecz nie wiadomo gdzie. Szczególnie utkwił mi w pamięci następujący obrazek: podczas jednego z takich apeli, a było to na kilka dni przedmoim odjazdem z obozu, polscy oficerowie stali na zbiórce. Między innymi widzieliśmyjednego z nich stojącego boso w spodniach i w koszuli z wydartymi z niej całymi plecami. Nastrzępach tej koszuli, na naramiennikach naszyte były dystynkcje majora, zaś po czerwonejwypustce na kołnierzykach, rozpoznałem, że był to lekarz. Miał długą brodę. Był już starszywiekiem. Tak stojąc, cały trząsł się z zimna. Do stojącego podszedł sowiecki żołnierz,chwycił go ręką za brodę i kilkanaście razy uderzył nahajem po plecach. Takie przypadkiwidziałem dosyć często.
 W obozie cały czas trwała praca oświatowa prowadzona przez oficerów sowieckich.
 Każdego dnia prowadzono z nami wykłady polityczne i każdego dnia – tak przez tydzień -pisarze spisywali życiorys każdego żołnierza osobno.
 Do obozu dotarły również sowieckie gazety w języku polskim, gdzie zobaczyłem mapę Polski z zaznaczoną granicą. Raz biegła po rzekach: Pisa, Narew, Wisła, San, zaś zaokoło 10 dni nowa granica: Pisa, Narew, Bug. Około 20 października zapytaliśmy jednego zwykładowców od politycznego kiedy zostaniemy zwolnieni. Odpowiedział, że już niedługo. W trakcie dyskusji padło również pytanie, czy oficerowie i policja również zostaną zwolnieni –odpowiedział: „Oni już nigdy Polski nie ujrzą, będą pracować w ZSRR, aż do śmierci”. Pokilku dniach na apelu wyczytano żołnierzy urodzonych za liną demarkacyjną na wschód od Bugu, aby ustawili się w oddzielnym szeregu. Po tych żołnierzy, a było ich około połowystanu, podjechały ciężarówki. Po załadowaniu wywieziono ich poza obóz.
 Około 6 listopada na apelu wyczytano drugą grupę żołnierzy, wśród których znalazłem się i ja, aby przejść do oddzielnego szeregu. Tego dnia wyprowadzono nas zobozu, a było to na jeden dzień przed świętem rewolucji. Kolumnę zaprowadzono podbagnetami na stację kolejową, gdzie stał podstawiony pociąg towarowy. Do każdego wagonuładowano nas po 40 ludzi. W sumie pociąg liczył ponad 30 wagonów. Do każdego wagonuwrzucano kilka desek, aby zrobić prowizoryczne ławki. Zaraz po tym pozamykano drzwiwagonów i pociąg ruszył. Nocą, podczas postoju na trasie, konwojenci dali nam prowiant:chleb oraz solone śledzie. Ponieważ w ciągu dnia nie było posiłku, każdy łapczywie brał siędo jedzenia. W niedługim czasie zaczęło dokuczać ogromne pragnienie. Wody w wagonienie było. W godzinach rannych na postoju dostarczono niewielką ilość wody. Dla wszystkichnie starczyło. Ten transport jechał w sumie 10 dni i nocy. Przez jakie miejscowościprzejeżdżaliśmy, nie pamiętam. Pamiętam tylko, że na trasie był Kijów, bowiem w obrębiestacji nasz transport stał około 1 godz. Około 17 listopada na stacji przed Bugiem transportsię zatrzymał. Po dłuższym postoju konwojent otworzył drzwi wagonu i na chwilę oddalił się.Wykorzystałem to i pod wagonami przeszedłem w poszukiwaniu wody do picia. Znalazłem się przy rowie z wodą, gdzie wypiłem dwie pełne menażki. Gdy wróciłem do swego wagonu,drzwi były już zamknięte, zaś zza drugiego wagonu wyskoczył do mnie z bagnetem nakarabinie wartownik głośno krzycząc: „Ruki w wierch!”. Uniosłem ręce do góry w jednejtrzymając menażkę napełnioną wodą. Wartownik po zbliżeniu się do mnie, cały czasprzeklinając, udobruchał się, otworzył zasuwę drzwi wagonu i wpuścił mnie do środka. Tenwypad po wodę miał bardzo przykre dla mnie następstwa, bowiem wkrótce rozbolał mniebardzo żołądek. W międzyczasie zaczęto opróżniać pojedynczo wagony z żołnierzypolskich, których kierowano na prowizoryczny most na Bugu obok zniszczonego mostukolejowego, na którym zwalone było środkowe przęsło wraz z lokomotywą. Był to Dorohusk.
 Każda grupa żołnierzy w liczbie 40 (cały jeden wagon) była eskortowana przez 15 czerwonoarmistów z bagnetami skierowanymi w stronę żołnierzy. Po drugiej stronie rzekiwidzieliśmy żołnierzy polskich przekazywanych przez Niemców. 40 odliczonych Polaków, przez most przepuścili Niemcy w kolumnie dwójkowej. Na stronie sowieckiej odbywało siępowolne liczenie i pod eskortą odprowadzano przeliczonych do innego pociągu i tam ładowano do wagonów, które od razu zamykano. Gdy przyszła kolej na wagon, w którym sięznajdowałem, kolej rzeczy była taka sama – eskortują nas pod bagnetami. Na moście, naśrodku rzeki przejmuje nas podoficer niemiecki i liczy przekazywanych, wskazując kierunek –na brzeg. Na brzegu stał starszy wiekiem żołnierz niemiecki z karabinem na pas i sam jeden

prowadził nas do kolejnego wagonu. Na migi i po niemiecku nam przekazał, że jedziemy wkierunku Lublina i tam otrzymamy posiłek.
 Po przekazaniu jeńców przez stronę sowiecką – transport ruszył. W niedługim czasiebyliśmy już na dworcu w Chełmie. Transport się zatrzymał. Otworzono drzwi, do którychpodchodziły kobiety z żywnością, a było wszystkiego tyle, ile mogły te dzielne kobiety zeskromnych zapasów podzielić się z nami. Było dużo ciast i owoców. Po godzinie postojupozamykano drzwi, transport ruszył dalej, w kierunku Lublina. Po zatrzymaniu się pociągu nastacji kolejowej w Lublinie wyładowano nas po 40 i kierowano do sali, w której była wydawana zupa przez Siostry Polskiego Czerwonego Krzyża.
 Wychodząc z wagonu, widziałem, że w drodze do świetlicy stała duża ilość kobiet,żon oficerów i żołnierzy, pytając o los swych najbliższych. Szczególnie utkwił mi w pamięciobraz spotkania z żoną naszego dowódcy ppor. rez. Jana Bołbota. Po przekazaniu jej prawdziwej wiadomości, kobieta wpadła w rozpacz, jej szloch był nie do uciszenia. Wojnajest straszna.
 W trakcie spożywania posiłku wśród żołnierzy rozeszła się pogłoska, że wiozą nasdo Radomia, gdzie nastąpi rozładowanie i rozpuszczenie do domów.W trakcie marszu do wagonu spotkałem w innej kolumnie udającej się na posiłek dwu znajomych z sąsiedniej wsi Błażek Ordynacki. Byli nimi: Antoni Miś i Paweł Paszowski.Mnie ta wiadomość nie pocieszyła. Nie wierzyłem w te pogłoski i jakoś intuicyjnie mi cośmówiło – uciekaj! Tak się złożyło, że skierowano naszą grupę do wagonu, gdzie byłyniezakratowane okna. To jeszcze bardziej mówiło mi – uciekaj! Gdy nastąpił zmrok, pociągruszył w drogę, w nieznane. Ze swych zamiarów ucieczki zwierzyłem się koledze imieniem Michał, którego nazwiska nie pamiętam. Kolega poparł ten pomysł. Na odcinku międzyNałęczowem a Puławami zaryzykowaliśmy ucieczki. Przez okienko zmieściły się nogi i tułów.
 W miejscu, gdzie tor był obsadzony świerkami, zaś widoczność ograniczona, trzymając sięręką obrzeża okna, odbiłem się i szczęśliwie znalazłem się na ziemi, tuląc do niej twarz. Gdypociąg mnie minął, wstałem i - o dziwo - nie czułem nigdzie stłuczenia; ruszyłem wolno wzdłuż torów. Po przejściu około 300 metrów spotkałem kolegę Michała. Powzięliśmynatychmiast decyzję oddalenia się od torów kolejowych, kierując się na południe. Po dotarciudo zabudowań pierwszej napotkanej wsi, w stogu słomy, który stał nieopodal stodoły,przespaliśmy noc, zaś rankiem ruszyliśmy w kierunku wsi rodzinnych. Ja kierowałem się na Bychawę i po dwóch dniach byłem już u siebie w domu w Batorzu, w bardzo zniszczonym mundurze wojskowym.
 Było to około 20 listopada 1939 r. Ci tułacze żołnierze, którym nie udała się ucieczka,lub łudzili się na puszczenie wolno w Radomiu, zostali wywiezienie do Rzeszy Niemieckiej,gdzie pracowali przymusowo. Wielu z nich zmarło, inni zaś powrócili dopiero w maju i czerwcu 1945 r., a więc po przeszło pięciu latach niewoli.
Zmarł 6 II 1995 r.


Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież

WybranskiFamily